Pasieki miejskie to być może szansa dla tego gatunku.

delimiter image

Czy miasta powinny postawić na pszczoły?

Od kilku lat obserwujemy proces wymierania pszczoły miodnej na Świecie. W Stanach Zjednoczonych od roku 2006 notuje się straty wysokości 30-40% rodzin pszczelich rocznie . W Europie średnia wynosi ok. 20%, natomiast w samej Polsce ok 16% . Czy wpływ technologii ma odzwierciedlenie w tych wynikach?
Otóż tak. Przyjmuje się, że im mniej rozwinięte rolnictwo w danym kraju, tym niższa śmiertelność owadów. Można tu odnieść się do wielu czynników, wśród których główną rolę odgrywa wykorzystanie pestycydów, GMO oraz upraw monokulturowych.

Wspomniane czynniki praktycznie nie występują w terenach zurbanizowanych. Przede wszystkim będą to neonikotynoidy, wykorzystywane w znikomym stopniu przy utrzymaniu zieleni miejskiej. Paradoksalnie,  pasieki miejskie odnotowują dużo lepszą przeżywalność rodzin pszczelich podczas zimowli, mniejszą inwazję roztoczy warroa oraz wyższe średnie ilości zebranego miodu z jednego ula. Wbrew pozorom miasta stanowią dla pszczół bardzo przyjazne środowisko. W centrach miast temperatura powietrza jest o kilka stopni wyższa, niż na terenach wiejskich, a zimy są łagodniejsze. Niesie to za sobą ogromne skutki fenologiczne, takie jak wcześniejsze rozpoczęcie okresu kwitnienia roślin wiosną oraz wydłużenie sezonu. Przeciętny sezon pszczelarski na terenie Polski wynosi około trzy miesiące – od połowy kwietnia, po koniec kwitnienia lipy w połowie lipca. W miastach sytuacja wygląda nieco inaczej i zależy w dużej mierze od sposobu gospodarowania zielenią miejską przez gminę, występowania koniczyny, krzewów miododajnych, czy też położenia parków, ogrodów i ogródków działkowych. Daje to średnie wydłużenie sezonu o ok. miesiąc. Daje to aż 30% dłuższy okres kwitnienia w stosunku do terenów wiejskich. Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt emisji ciepła przez budynki, na dachach których stoją ule, pszczoły szybciej rozwijają się wiosną i wcześniej osiągają pełnię sił, niż ich koleżanki ze wsi.

Czy pszczoły znajdą w mieście wystarczającą ilość pokarmu?

Weźmy dla przykładu teoretycznie niesprzyjające pszczołom środowisko…
Z czym kojarzymy Śląsk? Pierwsze co nasuwa się nam na usta, to przemysł, dym i kominy. Wbrew pozorom, badania z 2015 roku wykazują, że Katowice są trzecim najbardziej zielonym miastem w Polsce, po Sopocie i Zielonej Górze. Posiadają aż 47% terenów zielonych, gdzie 13% samego śródmieścia stanowią parki, skwery i zieleńce. Wiosną 2016 roku w mieście tym zasadzono 220 tys. kwiatów, 1450 drzew i 8500 krzewów.
Pszczoła latając w efektywnej odległości do 3km od ula, jest więc w stanie “obsłużyć” teren do Spodka po Park Śląski. Rośliny uprawiane w miastach również potrzebują owadów zapylających, które jest w stanie zapewnić właśnie pszczelarstwo miejskie.

Smog, pył i spaliny nie mogą konkurować z alpejską łąką, jednak owady doskonale przystosowały się do tych warunków, a badania naukowe dowodzą, że szkodliwe pierwiastki nie przedostają się do produktów pszczelich, z których korzystamy.

Miasta zapewniają dużą bioróżnorodność dzięki specyficznemu mikroklimatowi. Wiele zwierząt potrafiło dostosować swoje zachowania do życie w tym właśnie środowisku. Ptaki drapieżne, nietoperze, szczury, czy wróble doskonale czują się na terenach miejskich. To samo dotyczy pszczół. Metale ciężkie, pył, zatrucia pokarmowe – wszystko to wielokrotnie było przedmiotem badań Polskiego Zakładu Higieny, uniwersytetów i ośrodków badawczych na całym Świecie. Wszelkie analizy nie wykazały znacznych odchyleń od normy, czy też znacznych różnic w stosunku do pszczół i miodu badanych na terenach wiejskich.

Pszczelarstwo miejskie może mieć trwały efekt dla zrównoważonego rozwoju

Wiele osób twierdzi, że pszczoły w miastach to tylko nowa, przejściowa moda. Okazuje się, że jedne z najbardziej znanych uli dachowych postawił były pracownik Opéra, Garnier w Paryżu w 1985 roku. Ule stoją tam do dziś. Stoją również od wielu lat na dachu katedry Notre Dame, budynkach uniwersytetów, hoteli,  biurowców, sal koncertowych, hipermarketów, czy też na dachu Pałacu Kultury i Nauki. W Londynie stoi obecnie około 5 tys. uli miejskich.

Przeżywamy wzrost zapotrzebowania na zdrową żywność, coraz bardziej zwracamy uwagę na to co jemy, wiele osób stara się wytwarzać własne produkty spożywcze – hodując warzywa, piekąc chleb, robiąc ser i wędliny. Kilka hoteli na Świecie uprawia nawet własne warzywa na dachach wieżowców, czy też zbiera własny miód dla gości hotelowych restauracji. Dzieje się tak również w Warszawie. Jeśli jest to możliwe Nowym Jorku i San Francisco, to również warto spróbować w naszych, dużo mniejszych, miastach Polski.

Dzięki kompercyjnej obsłudze pasiek miejskich przez  Pszczelarium w największych miastach Polski, potencjalnie każdy właściciel biurowca czy centrum handlowego może hodować u siebie na dachu pszczoły.

Stale “pożeramy” kolejne tereny dla dziko żyjących zwierząt, w tym również dla zapylaczy. Dzikie łąki, lasy i inne nieużytki zamieniamy w przydomowe ogródki z równo przystrzyżonymi trawnikami. Zabieramy owadom miejsce do życia, jak i pokarm. Niepożądane przez nas chwasty, będące źródłem nektaru, zamieniamy bardzo często na bezwartościowe z punktu widzenia owadów ogrody. Domki dla owadów są więc często jedynym miejscem, w którym są w stanie przezimować trzmiele, pszczoły murarki, biedronki, czy skorki. Stawiając na dachu budynku w centrum miasta dwa ule, jednym posunięciem “przywrócimy” do dawnego środowiska około 100 tysięcy pszczół. Efekt będzie na tyle trwały, na ile zapewnimy im profesjonalną opiekę pszczelarza.

Jeśli stawiamy pasiekę miejską na dachu swojego biurowca z myślą o działaniu na rzecz zrównoważonego rozwoju, nie powinniśmy skupiać się wyłącznie na zbiorze miodu. Nasze ule powinny “być wystawione na widok publiczny”. Chodzi tu o działanie na rzecz informowania społeczeństwa, edukacji ekologicznej oraz tworzenia dobrego wizerunku pszczole miodnej. Chodzi tu o pokazanie mieszkańcom, że nasze ule nie stoją tu, bo mamy taką fanaberię. Mają przypominać, że zapylacze na całym Świecie wymierają, a każdy z nas powinien wykonać własny ruch, aby temu zapobiegać. Ponadto koniecznie musimy edukować społeczeństwo co to jest pszczoła miodna, trzmiel, czy murarka i jak ją odróżnić od popularnej osy. Warto tu wspomnieć ciekawe doświadczenie prowadzone w Niemczech. W kilku miastach postawiono ule w pobliżu placów zabaw, co ma na celu nauczenia maluchów życia obok pszczół już od najmłodszych lat. Dzięki temu ludzie przestają traktować te owady jako intruzów.

Jeśli jednak kompletnie nie mamy pojęcia jak się za to zabrać, radzimy skontaktować się z firmą Pszczelarium, która zajmie się wszystkim od A do Z. Od postawienia uli, przez zebranie miodu, po promocję i marketing naszej pasieki.

Czy pszczoły giną?

Jeśli weźmiemy ogólnie rolę pszczelarstwa w gospodarce, to według badań z roku 2013 w krajach Unii Europejskiej sam wzrost plonów będący efektem zapylania przez pszczoły to 22 miliardy euro rocznie. A jest to efekt samego zapylania roślin, nie wliczając w to sprzedaży produktów pszczelich, co jest bardzo istotną gałęzią gospodarki w niejednym kraju. Pszczoła w tak dużym państwie jak Niemcy stanowi trzecie najistotniejsze zwierzę użytkowe, tuż za krową i świnią. W Polsce produkcja samego miodu wynosi około 15 tysięcy ton rocznie, a rodzin pszczelich z roku na rok jest u nas coraz więcej i szacuje się ich ilość na ok 1,4 miliona rodzin w roku 2016. Dane statystyczne są jednak bardzo przekłamane, ponieważ od lat nie jest prowadzona w Polsce ewidencja aktualnego stanu pasiek. Jedyną procedurą obowiązującą pszczelarza jest rejestracja pasieki. Nie ma obowiązku aktualizacji danych, czy nawet wyrejestrowania pasieki. Siłą rzeczy musi więc pszczół przybywać w danych statystycznych.

Jakkolwiek by nie podchodzić do oficjalnych danych, faktem jest pszczół na Świecie jest coraz mniej. Nie da się jednoznacznie określić, czy i za ile lat pszczoły wyginą. Są jednak rejony w Chinach, gdzie od kilku lat nie istnieją zapylacze. Wyginęły wszystkie, a próby przywrócenia ich do środowiska nadal nie odnoszą skutków. Na domiar złego jest to ogromny region żyjący z uprawy gruszek, czyli owoców całkowicie uzależnionych od zapylania przez owady. Tysiące pracowników sezonowych każdego roku zawiesza na szyi woreczek z pyłkiem, do ręki bierze pędzelek z piór i wskakuje na drzewa, aby zapylić kwiatek po kwiatku.

Czy chcemy tego samego u nas, w Polsce?